Historia jaką kilka dni temu usłyszałem od swoich przyjaciół wprawiła mnie w konsternację. Myślałem że słowo „kryzys” ma pewne swoje ramy.

Zacznę od początku. Wyobraźmy sobie że przychodzimy do pracy w biurze. Podstawowe sprzęty komputer, drukarka, fax. Żeby ten sprzęt mógł funkcjonować, a my pracować potrzebujemy jeszcze artykułów biurowych. Do tego jeśli pojawiają się u nas klienci to wypadało by ich czymś poczęstować (kawa, herbata, ciastka).

Magiczne słowo właściciela – słuchajcie mamy kryzys, a firma jest w nienajlepszej kondycji finansowej, wprowadzam oszczędności. Zaczęło się od zabrania każdemu pracownikowi bonów zakupowych na święta oraz obniżono „podstawę” od wypłaty o 300zł. Ponieważ pracodawca miał jeszcze kilka pomysłów poszedł dalej. I tak w biurze zaczęło brakować tonerów, papieru do drukarki i faxu, spinaczy, długopisów, a nawet worków na śmieci w koszach oraz żarówek. Zapadła konsternacja wśród pracowników. Na pytania to na czym mamy drukować i czym pisać padła odpowiedź żeby sobie przynosić potrzebne rzeczy z domu. Jeden ze zdenerwowanych faktem pracowników napisał na kartce przylepionej na drzwiach wejściowych do firmy „przed wejściem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą”, kolejna kartka pojawiła się na drzwiach do toalety „Chcesz papieru toaletowego? Przynieś sobie z domu”. Z aneksu kuchennego zniknęło wyposażenie – nie to nie zdesperowani ludzie go ukradli, to pracodawca powiedział „jak chcecie kawę lub herbatę to pijcie w domu, tu nie bar a ja nie będę płacił za prąd który nabija elektryczny czajnik”, kilka osób przyniosło sobie termos. W woli wyjaśnienia, wielu pracowników przez nawał pracy zostawało po godzinach spędzając w pracy nie rzadko całe dnie i wieczory, więc aneks kuchenny nie był zbędnym luksusem, a czymś co pomagało trzymać się na nogach. Wydawało się że firma wpadła w ogromne problemy finansowe skoro zaserwowano tak drastyczne oszczędności. Nic bardziej mylnego, właściciel niefartownie wygadał się swojemu bratu jak to na kryzysie udaje mu się dodatkowo na cięciach zarobić, że interes świetnie się kręci wyzywając przy tym swoich pracowników od naiwniaków i łatwowiernych kretynów. Niefartownie dlatego, że zrobił to podczas spożywania posiłku w restauracji, a rozmowę usłyszała kelnerka - żona pracownika która sporo się od męża nasłuchała jak to w jego firmie ciężko i że kryzys, zaś samego szefa dobrze zapamiętała gdy gestykulował z jej mężem na ulicy. Epizod tej historii zakończył się tak że solidarnie wszyscy pracownicy bez wyjątku podziękowali za pracę swojemu „dobroczyńcy” zostawiając go z dnia na dzień z niezakończonymi projektami i rozwścieczonymi klientami. Każda z tych osób z powodzeniem znalazła zatrudnienie w innych firmach. Zaś sam właściciel mocno stracił na swoich oszczędnościach.

Osobiście zgodziłbym się na powyższe ustępstwa jako pracownik w celu ratowania firmy dla której pracuję bo się utożsamiam ze swoją pracą. Jednak gdy dowiaduję się do jakiego stopnia gotowi są posunąć się pracodawcy chcący „nachapać” się jeszcze więcej także staję na stanowisku że dla takich ludzi się nie pracuje i lepiej poszukać normalnej pracy niż tkwić w marazmie.