Po wyborach dowiadujemy się, że partia D dostała 43% głosów, a partia L 29%, a jeszcze inne partie nie weszły do Sejmu bo nie przekroczyły 5% progu wyborczego. Okazuje się, że głosujących było 39%. W takiej sytuacji 43% głosów jakich dostała partia D tak naprawdę jest 17% ogółu. Czy nie należałoby "wprowadzić" procent obywateli do Sejmu, który nie poszedł głosować i w pewien sposób zbojkotował wybory? Wtedy w Sejmie nie byłoby 460 posłów tylko 179.

To byłoby sprawiedliwe. Gdyby wszyscy zbojkotowali wybory?

Inna rzecz, że wybory powinny być jawne i jednomandatowe. Wtedy mamy dodatkowo odpowiedzialność posła przed wyborcami, a dziś taka partia D robi sobie kpiny z prawa i demokracji. Jawne bo wiedzielibyśmy kto na kogo zagłosował i mielibyśmy prawdziwy obraz rzeczywistości. A gdyby teraz ktoś chciał sprawdzić, czy Pan X głosował na partię D? Idziemy do Pana X i go pytamy dlaczego glosował na kłamców. (Odpowiedzialność wyborcy przez innymi wyborcami) Pan X pokazuje nam kwitek, że nie głosował na partię D. Doznajemy szoku i unieważniamy wybory.

5% próg wyborczy też nie wiadomo po co jest? Blokuje wejście kogo? Wariatów? A czy partia D to nie wariaci i psychopaci z wykoślawioną prymitywną logiką kłamcy?

1,5% społeczeństwa to geniusze. Ci nie dostaną się do Sejmu, gdyby stworzyli partię geniuszy, gdyż nigdy nie przekroczą progu wyborczego.

36% społeczeństwa posiada mniej niż 90IQ. Aż 86% społeczeństwa posiada mniej niż 110IQ. Jeżeli 86% społeczeństwa - tak wielka masa - decyduje o losie całej reszty bardziej inteligentnych ludzi to nie jest to demokracja, lecz przemoc idiotów.